Fuerteventura w 10 dni – relacja z wyjazdu

Fuerteventura to kierunek wybrany nieprzypadkowo. Jest to nasza 3 destynacja w tym roku, zaraz po Cyprze i Turcji. Na wyspę miałyśmy wybrać się w kobiecym składzie – ja, Marysia i babcia Marysi. Chciałam żeby było to miejsce wyjątkowe i spokojne. Hiszpania, a w zasadzie jej wyspiarska część zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Dawno nie czułam się tak dobrze na europejskim wyjeździe. W 10 dni udało nam się zobaczyć północ i centrum wyspy. W takim czasie można ją nawet objechać całą. Nasz plan zakładał jednak spokojny  wypoczynek ze zwiedzaniem dostosowanym do prawie dwulatki. Fuerteventura okazała się wyborem idealnym.

Przylot.

Wylądowałyśmy na wyspie w godzinach wieczornych. Załatwiam formalności w CicarCar – wypożyczalni, którą wybrałam po przeczytaniu opinii na forach internetowych. Po przygodzie z wypożyczalnią w Turcji, chcę wybrać dobrze i korzystnie pod względem ceny. Wypożyczalnia działa na całych Wyspach Kanaryjskich. Samochód odbieramy tuż przy lotnisku – na miejsce dochodzimy pieszo. Cała procedura nie trwa dłużej niż 5 minut! Ruszamy do naszego apartamentu w Caleta De Fuste, skąd przez kolejne 5 dni mamy zamiar zwiedzać wyspę. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że naszymi sąsiadami są Polacy, których zresztą na wyspie jest coraz więcej. Nasi sąsiedzi kupili apartament i uciekają pod palmy Fuerteventury wtedy, gdy tylko mogą. I wcale im się nie dziwię.

Dzień 1. Muzeum serów Majorero i plaża w Caleta de Fuste.

Dzisiaj dzień zaczynamy wizytą w muzeum serów Majorero. Na terenie muzeum znajduje się również wiatrak Antiqua, do którego można wejść, by zobaczyć jak dawniej wykorzystywano oryginalny mechanizm wiatraka do mielenia mąki. Tuż obok muzeum znajduje się niewielki, ale wspaniale zadbany ogród kaktusów, gdzie można obejrzeć wspaniałe okazy roślin z bliska.

Muzeum, które warto zobaczyć na wyspie

Muzeum podzielone jest na 3 strefy. Pierwszą strefę stanowi historia wyspy z ukierunkowaniem na jej florę i faunę oraz wulkaniczne pochodzenie. Druga strefa to przedstawienie kóz hodowanych na wyspie. Olbrzymi plakat z odmianami kóz majorero zaciekawił nawet Marysię. Zresztą interaktywne muzeum podobało jej się również w środku. Można tutaj znaleźć wymiona kozy, którą interaktywnie można wydoić. Po naciśnięciu na guziczki na wymionach, na ekranie widać lejące się do wiaderka mleko. Taka mała rzecz a jak cieszy najmłodszych. Trzecią strefę stanowi obszar dotyczący historii, kultury i gastronomii sera majorero. Można stanąć za ladą sklepu i poczuć się jak prawdziwy sprzedawca w dawnych latach. Są tutaj eksponaty, które można dotknąć. Muzeum zostało przygotowane bardzo starannie i dobrze będą się w nim bawić osoby w każdym wieku. Znajduje się tutaj również pomieszczenie, gdzie można wygodnie usiąść by obejrzeć krótki film na temat sera.

Z czego słynie Fuerteventura?

Z sera majorero, który był podstawą diety na wyspie, a dzisiaj stanowi prawdziwe dobro kulturowe. Ser spotkać można w najmniejszych sklepikach, jak i najlepszych restauracjach. Będąc tutaj po prostu trzeba go spróbować. Uznaje się, że za niepowtarzalny smak sera odpowiada mikroklimat wyspy, a dokładniej dieta kóz majorero. Endemiczne rośliny, którymi żywią się kozy zapewniają wyjątkowy smak i zapach temu przysmakowi. Odpowiednie receptury przekazywane  z pokolenia na pokolenia zapewniają niezwykłą delikatność. Ser faktycznie jest pyszny i żałuję, że nie przywiozłam go więcej. Degustacja serów jest możliwa w muzeum od wtorku do soboty, należy jednak wcześniej zarezerwować taką opcję.

Ogród kaktusów to miejsce, w którym znajdziemy zarówno te najbardziej popularne na wyspie kaktusy, jak i te które występują w innych miejscach na świecie. Niektóre są naprawdę pokaźnych rozmiarów i robią wspaniałe wrażenie.

Po zwiedzaniu warto wdrapać się na dach muzeum by podziwiać widok na ogród, wiatrak i wyspę. Po wizycie podobno warto zatrzymać się na serniczek z sera majorero, który serwowany jest w tutejszej restauracji. Nam nie udało się na niego trafić.

Wstęp do muzeum dla osób dorosłych wynosi 4 euro. Dla dzieci do 3 lat jest bezpłatny. Degustacja serów jest dodatkowo płatna i wynosi 5 euro.

Zwiedzanie trochę trwało więc wracamy do apartamentu na krótki odpoczynek. Wieczorem chcemy udać się na tutejszą plażę. Przy Playa del Castilo znaleźć można restauracje i deptak. Na plaży można posiedzieć również wieczorem, gdyż jest ona oświetlona.  Puszczamy bańki mydlane w nocnej odsłonie, spacerujemy deptakiem i chłoniemy klimat miejsca.

Dzień 2. Miasteczko Betancuria, Playa del Castilo.

Miasteczko, które musisz odwiedzić

Dzisiaj odwiedzamy miasteczko Betancuria, czyli dawną stolicę wyspy. Podobno jest to najładniejsze miasteczko na wyspie. W miasteczku znajduje się parking, z którego w 5 minut można dojść do centrum miasteczka. Docieramy na miejsce o godzinie 10. Parking jest mało zatłoczony i turystów jest jeszcze niewielu. Ale już godzinę później do miasteczka zjeżdżają się wycieczki. Duże autokary parkują na parkingu, z których „wysypują” się turyści, i których przewodnik oprowadza po miasteczku. Myślę, że najlepiej pojawić się tutaj albo z samego rana, albo późnym popołudniem. Podejrzewam, że wtedy klimat miasteczka jest najwspanialszy.

Sam dojazd tutaj jest wspaniały. Kręte drogi zapewniają niesamowite widoki. Gdy dojeżdżamy na miejsce czym prędzej chcemy zobaczyć to pięknie położone miejsce. Centralnym punktem jest kościół Św. Marii, który za niewielką opłatą można zwiedzić w środku. Tuż przy placu kościoła toczy się codzienne życie tego miasteczka. Turyści niespiesznie chłoną klimat miejsca, podziwiają piękne widoki i słuchają bicia dzwonów najstarszego kościoła na wyspie.

Poczuj klimat miejsca

Muzyk grający tuż przy kościele zachwyca Marysię, która stoi i chłonie dźwięki gitary. W miasteczku znajduje się muzeum archeologiczno-etnograficzne, które można zwiedzić za darmo. Będąc tutaj ma się wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Odosobnienie miasteczka oraz kolonialne budynki dodają mu niesamowitego klimatu. Warto zatrzymać się w jednej z tutejszych restauracji. My zaszywamy się w La Sombra. Zachęca nas do tego niesamowite położenie miejsca – pośród palm i kaktusów. Jest bardzo zielono, a o to na tej wulkanicznej wyspie wcale niełatwo. Odpoczywamy, gdyż za chwilę znów pokonamy serpentyny, podziwiając wspaniałe widoki, by udać się na sjestę Marysi do domu.

Wieczorem docieramy na Playa del Castilo, z naszego apartamentu jest to 5 minut jazdy samochodem. Dzisiaj jesteśmy jednak wcześniej. Udaje nam się dotrzeć na zachód. Moczymy stopy i podziwiamy zachodzące słońce. Jest czas na zabawę piaskiem i puszczanie baniek. Podoba mi się tutaj, ale wiem, że to dopiero początek i że najpiękniejsze plaże dopiero przed nami.

Dzień 3. Farma aloesu Vidaloe, Pozo Negro, Antiqua.

Piękny aloesowy zakątek

Farma aloesu to nasz wybór na rozpoczęcia dnia. Takich farm na wyspie jest wiele. My na dzisiaj wybieramy Vidaloe. Na wielu farmach wycieczka dla turystów jest darmowa. Można zatem usłyszeć o uprawie aloesu i jego przetwarzaniu. Tutaj, w Vidaloe można podejrzeć nawet panie, które zajmują się produkcją kosmetyków. Gdy odwiedzamy to miejsce o godzinie 10 rano nie ma tutaj nikogo. Zatrzymujemy się w ogrodzie, który znajduje się na tyłach farmy. Pośrodku stoi fontanna, którą od razu oczywiście zauważa Marysia. Choć ogród jest malutki, jest bardzo klimatyczny. Można tutaj spokojnie przyjrzeć się rosnącemu aloesowi i zobaczyć inne ciekawe gatunki roślin. W niedługim czasie dobiegają do nas maleńkie kociaki, jeden po drugim, które w jednej chwili zyskują stuprocentowe zainteresowanie Marysi. Po odpoczynku w ogrodzie udajemy się do sklepiku, gdzie kupujemy kilka aloesowych produktów. Więcej o farmie znajdziecie tutaj.

Niesamowita czarna plaża w Pozo Negro

W drodze powrotnej jedziemy do miasteczka w Pozo Negro. Chcemy zobaczyć tutejszą plażę. Miasteczko jest bardzo urokliwie i malutkie. Znaleźć tutaj można kilka malutkich knajpek, które oferują pierwszorzędny widok na ocean.  Wieje tutaj silny wiatr, przez co w ogóle nie czuć opalającego słońca, więc trzeba pamiętać o zabezpieczeniach. Na plaży słychać tylko wspaniały szum oceanu. Biało-niebieskie zabudowania dodają niesamowitego klimatu temu miejscu. Tutejsza plaża tak bardzo nam się podoba, że jeszcze na nią wrócimy.

Muzeum i plażowanie zrobiły swoje, Marysia zaczyna być zmęczona, trzeba wracać do apartamentu. Po popołudniowej sjeście planujemy odwiedzić miasteczko Antiqua. Zaczynamy od odwiedzenia stuletniego młynu el Durazno. Młyn działał do lat 50 XX wieku i w czasie swojej świetności mielono w nim pszenicę, proso i jęczmień. Zabytek należy do rodziny Acosta, która zadbała o jego renowację. Jest zamknięty i nie można go odwiedzić w środku. Ale można go oczywiście obejrzeć od zewnątrz.

Ruszamy dalej, bezpośrednio do centrum miasteczka Antiqua. Centrum stanowi uroczy placyk, który obsadzony został palmami. Można tutaj odpocząć w cieniu palm, jednocześnie podpatrując życie mieszkańców. Odwiedzamy tutejszy kościół, który jak na takie małe miasteczko jest całkiem okazały. Będąc tutaj wieczorem odpoczywamy na wspomnianym placu, robimy zakupy w sklepie sieciowym Dino, który znaleźć można na całej wyspie.

Dzień 4. Molino de Tefia, Muzeum Majoreros, Puerto de Los Molinos.

Molino de Tefia to młyn od którego rozpoczynamy dzisiejszy dzień. Usytuowany jest w świetnej lokalizacji, w zasadzie na pustkowiu. Piękny widok na młyn i otaczające to miejsce góry robią wrażenie. Nie ma tutaj nikogo, więc robimy sobie sesję, Marysia dotyka każdego kamienia, wchodzimy po schodkach, drzwi są zamknięte, ale nie umniejsza to urokowi młyna i tego miejsca. Dojazd tutaj również jest widokowy, można poczuć się jak w parku narodowym w USA.

Muzeum, w którym dowiesz się więcej o życiu mieszkańców wyspy

Naszym głównym celem jest jednak skansen niedaleko miejscowości Tefia. Docieramy na miejsce jako pierwsi i mamy to miejsce dla siebie. Muzeum zostało przygotowane z najwyższą starannością. Na miejscu zgodnie z mapą odwiedzamy siedem budynków, a każdy z nich prezentuje inne wnętrze. Znajdziemy tutaj proste domy a także te, w których żyli ludzie o wyższym statusie społecznym. Z bliska możemy zobaczyć wioskę, w której kiedyś wiedli swoje życie ludzie mieszkający na wsi, czyli tak zwani Majoreros.

Skansen przedstawia życie mieszkańców w I połowie XX wieku. Domy były zamieszkiwane do lat 70 XX wieku a później zostały odrestaurowane. Są doskonałym przykładem kamiennego budownictwa charakterystycznego dla wyspy. Można tutaj również poobserwować współczesnych rzemieślników w pracy – nam udało się zobaczyć rzemieślniczkę, która robiła hafty i koronki oraz wyroby z ceramiki. Na miejscu są też zwierzęta – nie ma ich dużo. Są dwa osiołki, wielbłąd, stado kóz, kury i kogut, a także paw. Pani w kasie uprzejmie zwraca nam uwagę, że wielbłąd się boi i nie należy do niego podchodzić, aby nie straszyć zwierzęcia. Marysia tak zapamiętała sobie tą informację, że do dzisiaj zdarza jej się machać paluszkiem w geście „nie wolno” kiedy widzi na obrazku wielbłąda. Wizyta w skansenie była bardzo udana i ciekawa.

Wyjątkowa wioska nad oceanem

W drodze powrotnej do apartamentu chcemy odwiedzić jeszcze malutką, przepięknie położoną wioskę Puerto de Los Molinos. Można tutaj podziwiać widowiskowy spektakl oceanu. Fale są tutaj ogromne. Nie bez powodu w wiosce zatrzymują się przede wszystkim surferzy. Znajduje się tutaj jedna restauracja, więc można również coś zjeść i podziwiać przy tym wspaniały ocean. Ci, którzy będą mieli ochotę zobaczyć wioskę z góry mogą wdrapać się na punkt widokowy. Jest to jedno z tych miejsc, w których zatrzymujemy się na chwilę by po prostu złapać oddech. Droga do wioski jest niesamowicie widokowa.

Po regeneracji w naszym apartamencie, który swoją drogą bardzo przypadł nam do gustu, przede wszystkim ze względu na doskonałą lokalizację udajemy się do Puerto Lajas, a dokładniej na tutejszą plażę. Playa las Lajas położona jest tuż przy apartamentach, w których mieszkają miejscowi. Na plaży jest niewiele osób. Marysia bawi się doskonale. Udajemy się do tutejszej restauracjii zamawiamy pyszną kawę z widokiem na ocean.

Dzień 5. Verdeaurora Bio Farm, Majanicho.

Farma aloesu, na której znajdziesz wszystko

Dzisiaj żegnamy się z miasteczkiem Caleta de Fuste, gdyż wyruszam na północ wyspy. Zanim jednak dojedziemy do naszej następnej lokalizacji odwiedzamy jeszcze jedną aloesową farmę. Farma Verdeaurora Bio Farm jest bardzo zadbana, można tutaj przyjemnie spędzić czas. W środku czeka na nas przemiła właścicielka. Ani przez chwilę nie jest nachalna, mimo, że jesteśmy tutaj sami. Daje nam w spokoju obejrzeć produkty, a jest ich tutaj sporo i nie są to tylko same kosmetyki. Jakość tutejszych produktów jest wysoka, ceny też są wyższe. Na półkach znaleźć można również biżuterię, a na wieszakach ubrania – głównie jako wsparcie dla zwierząt, są też buty, bluzy od lokalnych artystów. Lokalne suszone owoce, dżemy i wiele więcej. Na pewno warto się tutaj zatrzymać by zrobić pamiątkowe zakupy.

Czas jechać dalej, ale zanim wybierzemy się na północ, korzystając z okazji bycia blisko magicznego Pozo Negro, jedziemy odwiedzić tą malutką wioskę jeszcze raz. Położona w pięknej dolinie, z czarną plażą, robi na nas takie samo wrażenie jak za pierwszym razem. Mamy nadzieję, że Marysia wybawi się na całego i bezproblemowo pójdzie spać, więc droga na północ przebiegnie bez większych problemów.

Miasteczko, które albo pokochasz, albo szybko z niego zwiejesz

Do Majanicho docieramy późnym popołudniem. Ta malutka miejscowość,  w której znajdują się domki letniskowe, również mieszkańców wyspy, jest doskonale przygotowana dla chcących odpocząć od zgiełku miasta. Tuż przy wjeździe do osiedla witają nas przepiękne palmy, które ciągną się długim dywanem aż do domków, których jest tutaj pokaźna ilość. Miejsce pretendowałoby do lokalizacji idealnej, gdyby nie 4 gwiazdkowy hotel, który się tutaj znajduje. Kursujące do niego busy a także dająca się słyszeć głośna muzyka niestety odejmują atrakcji tego miejsca. Nam mimo to tak się bardzo podoba.

Szybko wrzucamy bagaże i pędzimy na pobliską plażę. Do zachodu słońca pozostało 2 h. Chcemy więc zobaczyć co Majanicho ma nam do zaoferowania. Plaża znajduje się tuż przy osiedlu, jednak trzeba do niej dojechać samochodem. Parkujemy samochód i napawamy się spokojem, który tutaj zastajemy. Nie ma nikogo. Ocean łagodnie faluje. Jest ciepło. Kilka zabudowań tuż przy samej plaży i do tego urokliwa kapliczka. Ta plaża ma swój niepowtarzalny urok. Ile jeszcze zobaczymy ich na wyspie? Zastanawiam się. Kończymy dzień tutaj, na plaży i wcale nie chce nam się wracać do domku. Ale ciekawość robi swoje. Przecież musimy go obejrzeć w środku.

Dzień 6. Los Lagos, Popcorn Beach, Majanicho.

Podobno na północy wyspy znaleźć można jej najpiękniejsze plaże. Jedziemy zatem to sprawdzić. Odwiedzamy plażę de Los Lagos. I trzeba przyznać – robi na nas wrażenie! Tutejsze kolory są zachwycające. Błękitny ocean kontrastuje z delikatnym jak mąka jasnym piaskiem. Plaża ze względu na warunki i położenie blisko miasta jest oblegana w ciągu dnia. Osobiście nie jestem typem plażowicza i leżenie na plaży w ciągu dnia jest ostatnią rzeczą, którą chciałabym robić na wakacjach. Ale babcia nalega, więc dzisiaj plażujemy. Jak się jednak okazuje, ponad godzina wystarczyła by zmęczyć babcię i dziecko. Zbieramy się więc, a ja mam nadzieję odwiedzić to miejsce raz jeszcze, ale w innych godzinach.

Plaża na której znajdziesz „popcorn”

Zaraz po obiedzie udajemy się na plażę Popcorn Beach – to chyba jedna z najbardziej znanych plaż na Fuerteventurze. Drobne kamienie, które tworzą plażę, to po prostu biały koral. Do złudzenia przypomina prawdziwy popcorn. Aby dojechać do plaży trzeba pokonać szutrową 4,5 kilometrową drogę. Pokonujemy ją w ponad 10 minut.

Po drodze zatrzymujemy się by zrobić kilka ujęć. Drogi na Fuerteventurze i widoki są oszałamiające. Jazda samochodem po wyspie to prawdziwa przyjemność. Na drogach jest niewielki ruch, mała liczba zabudowań sprawia, że przestrzeń jest otwarta. Daje poczucie niesamowitej wolności.

Zresztą północ wyspy, okolice Majanicho, w którym się zatrzymaliśmy to gwarancja cudownych widoków z dala od miasta. Do najbliższego miasteczka – Lajares, w którym zaopatrujemy się w zakupy mamy 10 minut drogi samochodem. Do większego miasta – Corralejo, mamy prawie 20 minut. Taka lokalizacja nie każdemu będzie odpowiadać, żeby gdzieś dojechać trzeba mieć samochód. Ci, którzy lubią takie odosobnione miejsca wybierając Majanicho na swój punkt wypadowy będą zadowoleni.

Piknik z widokiem na ocean

Dzisiaj chcemy skorzystać jeszcze z uroków plaży w Majanicho, wcześniej jednak zamawiamy pyszne wege burgery i zabieramy je ze sobą na piknik na plaży. Jemy i napawamy się widokiem oceanu. Niewiele dalej od plaży Majanicho znajduje się plaża dla surferów. La Caleta to miejsce, gdzie można znaleźć idealne warunki do surfowania. To tutaj każdego dnia dojeżdżają busiki, które lata świetności mają dawno za sobą. A w nich uśmiechnięci ludzie, z potarganymi wiatrem włosami, którzy przyjechali tutaj po to, by poczuć magię tego miejsca. La Caleta to także doskonałe miejsce na podziwianie oceanu i otwartej przestrzeni. To miejsce idealne do tego, aby po prostu wypocząć. Nie ma tutaj infrastruktury, nie znajdziemy restauracji z turystami, i właśnie dlatego miejsce to jest tak wyjątkowe.

Dzień 7. La Oliva, Park Przyrodniczy Wysp Corralejo.

Urokliwe miasteczko La Oliva

La Olivia to miasteczko, do którego przyjeżdżamy z samego rana. Jest to jedna z najstarszych miejscowości na wyspie. W XVIII wieku przeniesiono tutaj siedzibę władz wojskowych. Dom Pułkowników, który się tutaj znajduje to jeden z ciekawszych budynków militarnych na całej wyspie. Miasteczko ma swój wyjątkowy klimat. Wszystko tutaj dzieje się niespiesznie.

Kościół Matki Boskiej Gromnicznej to jedna z największych świątyń na wyspie. Chcemy udać się do środka, ale nagle dobiega do nas prawie równolatek Marysi. Półtoraroczny chłopczyk skacze i ucieka, a Marysia jest nim zainteresowana. Mama chłopca podąża za nim, pozwalając maluchowi na swobodne eksplorowanie otoczenia. Nagle woła chłopca i mówi do niego po polsku. Dziewczyna jest Polką, która mieszka w La Oliva na stałe. Podpytuję ją co warto tutaj odwiedzić. Przyznaje, że w miasteczku nie ma zbyt wiele do zobaczenia, oprócz jego standardowych atrakcji. Ale na pewno warto pojawić się na lokalnym targu, który odbywa we wtorki rano. Można na nim kupić rękodzieło, aloesowe kosmetyki, ekologiczne warzywa i owoce. Już wiemy, że pojutrze na pewno tutaj zajrzymy ponownie.

Po wizycie w kościele, w którym bardzo spodobało się Marysi, udajemy się na spacer uliczkami miasteczka. Czas powoli się zbierać. Wyruszamy na naszą codzienną sjestę do domu. Po południu wybieramy się na jedną z najpopularniejszych atrakcji północy – Parku Przyrodniczego Wydm Corralejo.

Park Narodowy Wydm Corralejo

Park przyrodniczy jest największym obszarem wydm na Wyspach Kanaryjskich. Powstały one na skutek rozpadu i rozdrobnienia muszli mięczaków i innych organizmów żyjących w wodzie. Spacer po wydmach to obowiązkowy punkt na liście miejsc do zobaczenia będąc na wyspie. Nam udało się tutaj dojechać w godzinach popołudniowych i zostać do zachodu. Zachodzące słońce, znajduje się co prawda po drugiej stronie niż ocean,  ale i tak robi ogromne wrażenie. Miękkie promienie słońca odbijają się na wydmach, oświetlają piasek i tworzą niesamowitą atmosferę. Na ten spektakl pisze się wiele osób, ale wydmy są tak wielkie obszarowo, że nikt nikomu w tym przedstawieniu nie przeszkadza.

Na terenie całego parku rozciągają się przepiękne plaże. Te zlokalizowane bliżej Corallejo są bardziej zatłoczone, im bardziej na południe tym więcej spokoju. Jedyny widok, jaki burzy ten wspaniały obraz namalowany przez matkę naturę to widok na dwa hotele, które zostały tutaj wybudowane w okresie rozwoju wyspy. Droga FV-1, która pozwala dojechać do parku i oddalonych plaż wygląda niesamowicie z lotu ptaka, gdyż została wkomponowana w sam środek parku wydm.

Dzień 8. La Oliva – targ, La Concha.

Budzimy się, jemy szybkie śniadanie i jedziemy do miasteczka la Oliva, gdyż dzisiaj odbywa się tutaj lokalny targ.  Po dotarciu na miejsce, Marysia przypomina sobie wczorajszą wizytę w kościele, więc wchodzimy do niego ponownie. Targ jest malutki, ale znaleźć można tutaj kilka stoisk, prawdziwych perełek. My szukamy kosmetyków aloesowych i znajdujemy je w bardzo dobrej jakości. Kosmetyki nie zawierają szkodliwych składników, głównym składnikiem jest oczywiście aloes. Składy INCI są krótkie, bez zbędnych dodatków. Nie wiadomo na co się zdecydować, jest tego aż tyle. Monica, właścicielka stoiska opowiada z pasją o tym, co sama produkuje. Więcej o firmie i kosmetykach możecie znaleźć tutaj. Na targu udaje mi się również kupić ręcznie wykonaną nerkę z naturalnych, przyjaznych dla środowiska materiałów.

Targ otwarty jest we wtorki oraz piątki. Tutaj jego lokalizacja.

W pobliżu kościoła znajduje się również sklep z ciekawymi drobiazgami do domu, ubraniami, akcesoriami i rękodziełem. Warto tutaj zajrzeć, jeżeli szukacie oryginalnych prezentów dla bliskich.

Żegnamy się z miasteczkiem, siedząc na ławce, z widokiem na ryneczek i kościół. Zajadamy pyszne ciastka kupione w tutejszym sklepiku i planujemy dalszą część dnia.

Po południu jedziemy ponownie na La Conchę, dzisiaj jednak w godzinach mocno popołudniowych. Jest to jedna z tych plaż, którą na pewno warto wpisać jako must see. Kolor wody niesamowicie kontrastuje z jasnym piaskiem, a niebo dopełnia całości obrazu. Przez chwilę zostajemy przy głównej plaży, ale po chwili oddalamy się nieco dalej, aby w spokoju móc kontemplować piękno przyrody. Gonię Marysię po plaży, wzdłuż pięknego oceanu i jestem szczęśliwa, że jesteśmy tutaj wszystkie razem i mam nadzieję, że niedługo powtórzymy też nasz babski wyjazd.

Dzień 9. Corralejo, Wydmy Corralejo.

Dzisiaj odwiedzamy Corralejo. I w zasadzie do południa spacerujemy po mieście, robimy zakupy, odwiedzamy tutejszą plażę. Znaleźć tutaj można wszystko – restauracje, sklepy, bary, i wiele więcej. Dla mnie jednak jest za tłoczno i cieszę się, że początkowy pomysł o znalezieniu tutaj noclegu spalił na panewce. Majanicho zdecydowanie bardziej wpasowało się w mój gust. Jeżeli szukacie bogatego życia nocnego, dostępu do restauracji i szybkiego dostępu do plaży to wszystko to znajdziecie w Corralejo.

Tak  bardzo spodobały nam się wczorajsze wydmy, że jedziemy w to samo miejsce jeszcze raz. I właśnie tutaj kończymy dzisiejszy wieczór.

Dzień 10. Majanicho, La Concha.

To nasz ostatni dzień na wyspie. Z sentymentem odwiedzamy zatem plażę La Concha, spacerujemy po osiedlu w Majanicho. Powoli żegnamy się z Fuerteventurą. To moje pierwsze spotkanie z wyspiarską częścią Hiszpanii. I do tego bardzo udane. Mam ochotę wrócić na Wyspy Kanaryjskie kolejny raz. Jest tutaj jeszcze tyle do odkrycia.

Krótko o mnie

Zajrzyj jeszcze tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Newsletter

Newsletter