Turcja na własną rękę w 7 dni – relacja z wyjazdu do Turcji

Dzień 1. Antalya

Nasza przygoda z Turcją na własną rękę rozpoczęła się w mieście Antalya, czyli jednym z najbardziej znanych miast na Riwierze Tureckiej. Po wylądowaniu na miejscu i odebraniu samochodu, z małym strachem ruszyliśmy przed siebie. Strach ten dotyczył ruchu samochodowego. Opinie w Internecie były mocno podzielone. Jedni odradzali jazdę po Turcji własnym samochodem. Inni twierdzili, że nie ma tak źle. Zdecydowaliśmy się na wynajem samochodu, aby na własną rękę zwiedzić malutki kawałek Turcji, a dokładniej część Riwiery Tureckiej.

Jazda samochodem w Turcji

Jak się okazało jazda po Turcji nie jest wcale taka trudna. Dwa razy zdarzyła nam się nieprzyjemna sytuacja na drodze w Antalyi, ale dzięki zachowaniu czujności do niczego niebezpiecznego nie doszło. Jazda po Antalyi do najprostszych nie należy jeżeli chodzi o godziny szczytu, a zaczynają się one już od godzin mocno południowych aż do wieczora. Trzeba zachować pełną czujność. Poza Antalyą jazda samochodem nie przysparzała trudności. Najłatwiej jeździło się rano i do południa. Ruch na drodze jest wtedy znacznie mniejszy. Wieczorem natomiast ruch jest już duży. Do dzisiaj nie wiemy kto ma pierwszeństwo na rondzie. Odnosiliśmy wrażenie, że każdy jedzie tak jak mu się podoba.

Po wylądowaniu w Antalyi i zameldowaniu się w wybranym przez nas apartamencie, który polecamy ruszyliśmy na miasto. Chcieliśmy kupić coś do jedzenia i jakiś prowiant na drogę dnia następnego, gdyż w planie mieliśmy przejazd do miasteczka Kemer. Niedaleko naszego noclegu było bardzo wiele restauracji. Na pytanie czy zamówimy coś wege, wszyscy kręcili głowami. Wzbudziło to nasz lekki niepokój, ale uznaliśmy, że musimy po prostu znaleźć jakieś wege miejsca na mapie. Co jak się później okazało wcale takie łatwe nie było. Udało nam się jednak kupić pyszne, ciepłe gozleme ze szpinakiem i serem w pobliskiej cukierni.

Dzień 2. Kemer

Budzimy się rano i w drodze do Kemer planujemy odwiedzić wodospady Kursunlu Waterfall. Na miejscu kupujemy bilety wstępu i pierwsze z czym się spotykamy to typowe punkty dla turystów. Są sklepy z pamiątkami, jedzeniem i sokami, ale również miejsce z „atrakcją” pod postacią zwierząt. Na ogrodzonym placyku stoją kucyki i wielbłąd. Na zwierzętach można usiąść, przejechać się na nich i zrobić sobie z nimi zdjęcie. Wielbłąd poganiany jest przez 2 smarkaczy, którzy jeżdżą na nim w kółko i ochoczo każą mu schodzić do parteru raz po raz. Nie wiem czy smutniejszy był widok tych dwóch młodych chłopaków czy ich ojca, który siedział sobie spokojnie na krześle i zapewne czekał na kolejnego chętnego turystę. Takie obrazy długo nie wychodzą mi z głowy. Tutaj na blogu Zosi i Darka możecie przeczytać o nieetycznej zwierzęcej turystyce.

Wróćmy jednak do wodospadów. Wodospad Kursunlu liczy sobie 18 metrów wysokości i jest najwyższym wodospadem w kanionie.  Można tutaj miło spędzić czas. Wodospady, bujna zieleń wokoło, drogi zachęcające do odkrycia oraz szumiąca woda sprawiają, że można tutaj zostać na dłużej. Tuż przy wyjściu z parku stoimy nad małym stawem, w którym pływają kaczki a nawet żółw wodny. Mała Turczynka, może 4-letnia, rzuca chleb kaczkom wyciągając go z ogromnego worka. Podchodzimy i stajemy tuż obok, dziewczynka od razu wyciąga swoją rączkę w kierunku Marysi i podaje jej chleb. Nasza córka jest zachwycona. Co prawda wiemy, że kaczkom chleba się nie podaje, a jeżeli chcemy dokarmiać te zwierzęta to najlepiej do tego celu przeznaczyć warzywa. Tata małej dziewczynki wskazuje 2 worki pełne chleba i mówi w dobrym angielskim, że to pozostałości niezjedzonego chleba w ich restauracji, do której nas zaprasza. My jednak nie mamy czasu. Po zwiedzeniu wodospadów ruszamy w kierunku Kemer.

Kemer to nadmorskie miasteczko. Wjeżdżamy do niego w samo południe. Wywiera na nas dziwne wrażenie. Czujemy się jakbyśmy znajdowali się w sezonie turystycznym w jednym z nadmorskich miasteczek nad naszym Bałtykiem. Rosjan jest tutaj więcej niż samych Turków. Jedziemy zameldować się do hotelu, ale po drodze mamy nadzieję, że w tym turystycznym miejscu znajdziemy coś dla uciechy podniebienia.

Turcja – raj dla mięsożerców

Marzy nam się wegetariański kebab, a w zasadzie kebap. Niejednokrotnie w podróży w innych krajach korzystaliśmy z punktów gastronomicznych, które nawet jeżeli z założenia nie miały nic wege, to po rozmowie okazywało się, że stworzenie takiego dania w zmodyfikowanej wersji nie jest żadnym problemem. Tutaj jednak nie było na to szans. Przede wszystkim dlatego, że prawie nikt nie mówił po angielsku. A jeżeli mówił to w bardzo podstawowej formie. Menu najczęściej było w języku tureckim i bardzo często rosyjskim. Udało się jednak coś uzgodnić, zadowolony mąż wrócił z jedzeniem na wynos. Otwieram moje wege pudełeczko a w nim grillowany bakłażan z cebulą, papryką, pomidorem i tartym serem. Cóż, nie muszę chyba mówić, że takie danie nie wystarczyło na zaspokojenie naszego głodu. Zameldowaliśmy się w hotelu. Późnym popołudniem, gdy szykowaliśmy się do wyjścia i spaceru w Kemer, odkryliśmy w samochodzie coś, co odjęło nam mowę.

Okropna niespodzianka z wypożyczalni

Zaczęło się od niemiłego zapachu. Zapach zgnilizny mocno nas zaniepokoił. Zaczęliśmy szukać pod siedzeniami i w bagażniku. W końcu przyszło nam do głowy aby zajrzeć do fotelika samochodowego Marysi. A w nim znajdowała się zdechła mysz… Na myśl o tym, że nasza córka spędziła w tym foteliku całą drogę do Kemer robiło nam się niedobrze, a jednocześnie nasz poziom wkurzenia urósł do maksimum.

Zaczęło się bowiem od problemów z wypożyczalnią gdy tylko wylądowaliśmy na lotnisku. Ponad godzinę czekaliśmy na podstawienie naszego samochodu. Gdy już się to udało dostaliśmy niezatankowany, brudny samochód z brudnym fotelikiem, który średnio nam odpowiadał. Marysia siedziała w nim pod kątem 90 stopni. Dnia następnego wymieniliśmy pierwszy fotelik na drugi, i dostaliśmy ten ze zdechłą myszą… Fotelik wylądował w najbliższym kuble na śmieci. Po zgłoszeniu sprawy, obiecali, że jutro dostarczą nowy fotelik do naszego hotelu. Na szczęście dnia następnego fotelik już na nas czekał. Jak się później jednak okazało to nie jedyna sytuacja związana z „czystością” w Turcji, która spotkała nas podczas wyjazdu i mocno wpłynęła na opinię o całym pobycie.

Plusem Kemer był z pewnością apartament w którym się zatrzymaliśmy. Obsługa mówiła w języku angielskim. Na bookingu znaleźliśmy dwupoziomowy apartament z dostępem do tarasu i basenu oraz balkonem. Gości było bardzo mało, a lokalizacja była świetna. Do tego ładnie utrzymany teren zielony. Trzeba uważać tylko na rozsypywaną przez obsługę trutkę na ślimaki!

Dzień 3. Starożytne miasto Phaselis

Zaczynamy dzień z nowym nastawieniem, po sytuacji z fotelikiem chcemy dać Turcji jeszcze jedną szansę, by mogła nas do siebie przekonać tym co ma najlepsze do zaoferowania. Planujemy odwiedzić Phaselik Anti Kentik, czyli starożytne greckie i rzymskie miasto, które było zlokalizowane na wybrzeżu starożytnej Licji. Miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę. Za wjazd na teren parku musimy zapłacić 220 lir od osoby dorosłej, czyli jakieś 35 zł. Parkujemy samochód w cieniu i ruszamy zwiedzać teren.

Dużą atrakcją tego miejsca są nie tylko wykopaliska, które trwają do dzisiaj, lecz przede wszystkim plaże z niemalże przezroczystą woda. Nie jest tutaj tłoczno. Widoki są wspaniałe. Marysia przez dobre pół godziny stoi nad brzegiem morza i wrzuca raz po raz kamyki do wody. Jest to jedno z tych zajęć, które potrafi zająć ją na dłużej.

O samym Phaselis pisać nie będę – są blogi i strony, które wyczerpują ten temat. Napiszę tylko, że na pewno jest to miejsce warte odwiedzenia, nawet dla kogoś, kto za historią nie przepada. Miasto założone został w 690 r p.n.e. Można tutaj poczuć historię na „swojej skórze”. Przez środek miasta biegnie ulica, która prowadzi tuż do najładniejszego moim zdanien portu (są aż 3). Oprócz tego można tutaj podziwiać ruiny teatru, agory, magazyny, sklepy czy sarkofagi.

Wieczorem udajemy się na plażę z dala od tłocznego Kemer. Aby się na nią dostać są 2 sposoby – można na dopłynąć łódką, lub od drugiej strony przejść nią pieszo. Lokalizacja plaży tutaj. Plaża jest kamienista i chyba lubiana przez miejscowych. Korzystamy z braku tłumów i cieszymy oczy widokiem na pobliskie góry.

Dzień 4. Demre

Dzisiaj z samego rana opuszczamy Kemer aby udać się do Demre, gdzie planujemy zobaczyć popularne skalne grobowce w Myrze. Trochę żal nam wyjeżdżać z naszego hotelu, który okazał się całkiem przyjemny. Po drodze zatrzymujemy się w pobliskiej cukierni, do której poprzedniego dnia zaprosił nas pewien Turek i za równowartość 2 euro kupujemy pyszne bułki z czekoladą oraz precle z sezamem.

Po południu docieramy do przedmieść Demre. Okazuje się bowiem, że nasz apartament znajduje się w dzielnicy dystryktu Demre, w Beymelek. Apartament zarezerwowaliśmy na bookingu. Wybraliśmy go przede wszystkim ze względu na zachwalaną czystość. Docieramy do miejsca i na pierwszy rzut oka nie ma się do czego przyczepić. Dostajemy również turystyczne łóżeczko dla Marysi. Parzymy kawę w małych jak na nasze standardy filiżankach tureckich.

Demre – tutaj czuć klimat Turcji

Samo Demre to mocno rolnicze miasto, w którym na każdym kroku dostrzegamy ogromne szklarnie a w centrum miasta nie brak jest sklepów, które oferują wszystko co niezbędne do uprawy warzyw i owoców. Na stoiskach zlokalizowanych w centrum miasta znaleźć można mnóstwo chińskich produktów – buty, zabawki, akcesoria do wody. Niestety nikt nie mówi po angielsku. W przewodnikach znaleźć można informacje o tym, że miasto nie ma nic do zaoferowania oprócz okolicznej Myry i Bazyliki Św. Mikołaja. Najlepiej zatrzymać się na chwilę i jechać dalej. My zatrzymujemy się tutaj aż na 3 dni i traktujemy miasteczko jako nasze centrum wypadowe. Demre faktycznie do najładniejszych miasteczek nie należy, a sam apartamentowiec, w którym zostajemy jest zlokalizowany pośród prac budowlanych – powstają tu hotele i apartamenty. Demre ma jednak inną zaletę, okazało się totalnie inne od turystycznego Kemer. Dopiero tutaj, na prowincji poczuliśmy klimat Turcji.

Obiad u tureckiego gospodarza

Po zameldowaniu w hotelu wyruszamy na miasto w celu znalezienia restauracji, jednak nie nastawiamy się na żadne „luksusy” biorąc pod uwagę miejsce w jakim się zatrzymaliśmy. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy natrafiamy na małą restaurację Beymelek Likya. Zaglądamy niepewnie do środka, gdyż nie mamy pewności, czy jest ona otwarta. Wita nas sam właściciel restauracji i zaprasza nas na obiad. Zamawiamy rybę z frytkami i surówkami. Kucharz wsiada na skuter i po chwili wraca ze świeżymi rybami. Jedzenie jest pyszne, do tego ładnie podane, nawet Marysia dostaje swój fotelik do jedzenia i z chęcią próbuje potraw. Restauracja ulokowana jest tuż obok kamienistej, totalnie pustej plaży, która zachęca do kąpieli o każdej porze dnia. Otoczenie restauracji jest tak przyjemne, że ma się tutaj ochotę zostać dłużej. Zostajemy poczęstowani przez gospodarza czajem. Opowiada troszkę o restauracji i swojej rodzinie – komunikujemy się za pomocą translatora Google.

Skalne grobowce w Myrze

Wracamy do hotelu na drzemkę Marysi. Po południu planujemy odwiedzić Myrę i jej skalne grobowce. Wstęp jest płatny – płacimy 300 lir za osobę, czyli około 45 zł. Na miejsce docieramy o 18, mamy więc godzinę do zamknięcia, aby na spokojnie, z zaledwie kilkoma osobami cieszyć się zwiedzaniem tego ciekawego miejsca.

Już przy wejściu wita nas pies, mieszaniec kangala, czyli rodzimej tureckiej rasy dużych psów stróżujących. I nie opuszcza nas aż do końca naszej wycieczki. Dosłownie „oprowadza” nas po każdym zakamarku. Mamy wrażenie, że liczy na jedzenie, wiedząc, że jesteśmy zapewne ostatnimi ludźmi, którzy tutaj dzisiaj zawitają. My jednak nie mamy go czym poczęstować, gdyż nie mamy przy sobie żadnego jedzenia. Pies porusza się z trudnością, widać, że ma problemy ze stawami. Zastanawiamy się czy to przez wiek (nie wygląda na starego) czy ze względu na częste oprowadzanie gości – wchodzenie w górę i dół po schodach oraz poruszanie się po dawnym teatrze pewnie zrobić swoje.

Grobowce datuje się na V-VI wiek i faktycznie robią wrażenie. Nie da się ich zwiedzić z bliska, są wykute w skałach. Ich wysokość związana jest z dawnymi wierzeniami, które mówiły że im ciała pozostaną pochowane wyżej, tym łatwiej będzie o przejście do „drugiego świata” i spotkanie z bogami. Tuż przy grobowcach znajduje się dawny teatr rzymski, który ma aż 36 rzędów. Według historyków wiele elementów starożytnego miasta w dalszym ciągu zostaje ukrytych pod ziemią. Pozostaje zatem jeszcze wiele do odkrycia. Sama nekropolia i grobowce w zupełności wystarczają, by wywrzeć wrażenie.

Dzień 5. Kas.

Dzisiaj z samego rana wyruszamy do Kas. Turystycznego miasteczka, zlokalizowanego około 50 km od Demre. Jakże jest to inne miejsce od Kemer, które totalnie nie przypadło nam do gustu. Tutaj od razu klimat miasteczka przywołuje na myśl uwielbianą przez nas Grecję. Pobielane domy, wąskie, ładnie przyozdobione uliczki, piękne widoki i leniwy klimat powodują, że w Kas zostajemy aż do popołudnia. Włóczymy się, jemy pyszny wege falafel w Kas Gurme Falafel i popijamy świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Podoba nam się tutaj i troszkę żałujemy, że nie dotarliśmy tutaj w celu zrobienia sobie bazy wypadowej. Kas nadałby się do tego celu doskonale. Również dlatego, że można tutaj znaleźć wege miejsca.

Popołudniu wracamy do Demre. Chcemy skorzystać z uroków piaszczystej plaży, których nie ma tutaj zbyt wiele. Dojazd do plaży daje możliwość poobserwowania codziennego życia mieszkańców. Znaleźć tutaj można kilka miejsc przygotowanych pod turystów – małe apartamenty albo ładne, nowoczesne domki kempingowe. Moją uwagę zwracają jednak domostwa ludzi, którzy żyją tutaj i na co dzień zajmują się uprawą w szklarniach, które tworzą tunele wzdłuż drogi biegnącej na plażę – jest ich tutaj bardzo wiele. Domostwa zlokalizowane przy szklarniach są bardzo ubogie, na początku myśleliśmy, że pełnią rolę miejsc do spania dla ludzi, którzy tutaj pracują. Szybko jednak zmieniamy zdanie, gdy w pobliskich małych, odrapanych domach zauważamy bawiące się jak gdyby nigdy nic dzieci. Domy są małe, ale widać, że często mieszkają w nich wieloosobowe rodziny. W Turcji różnice społeczne są zauważalne nie tylko w takich miejscach. Można je dostrzec na każdym kroku, trzeba mieć tylko oczy otwarte.

Na plaży spędzamy przyjemne popołudnie. Jesteśmy tutaj każdego wieczoru. Plaża jest bardzo klimatyczna. Epicentrum plaży jest dalej, my jednak zawsze korzystamy z miejsca,  w którym możemy być sami. Co najwyżej kilka miejscowych psów podbiega do nas co jakiś czas, chcąc przywłaszczyć sobie piłkę Marysi. I udaje im się to 2 razy. Przy kolejnych razach zachowaliśmy czujność. Psy nie są agresywne, bawią się między sobą i bez problemu dają sobie zabrać zabawkę. Piękny zachód słońca na tutejszej plaży każe nam się zbierać. Za chwilę pojawią się komary.

Czy to turecki chleb czy francuska bagietka?

Wracamy do apartamentu, zatrzymując się po drodze w znanej w mieście piekarni. Piekarnia jest bardzo specyficzna, gdyż serwuje tylko jeden produkt – jest nim chleb. Wypiekany na miejscu, w tradycyjnym piecu. Mamy wrażenie, że każdy mieszkaniec Demre i nie tylko (chleb spotykaliśmy w piekarniach i sklepach we wszystkich miasteczkach na wybrzeżu), niezależnie od statusu społecznego kupuje właśnie to pieczywo. Wieczorem miejscowi zjeżdżają się i stojąc w kolejce, rozmawiają, czekając na swoją kolejkę po chleb. Cena jednego bochenka to 7,5 liry tureckiej, czyli jakieś 1,20 zł. Chleb przypomina bagietkę. Jest bardzo lekki i puszysty w środku.

Dzień 6. Patara Beach

Dzisiaj w planach mamy znaną i zachwalaną plażę Patara Beach, która ciągnie się na długość 18 km wzdłuż wybrzeża. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że wjazd na teren jest płatny. Za dzisiejsze plażowanie musimy zapłacić 340 lir od osoby dorosłej, czyli ponad 50 zł. No cóż, skoro kwota jest tak wysoka to pewnie plaża będzie tego warta. Wjeżdżamy zatem na teren starożytnego miasta Patara. Chętni oprócz biletu wstępu na plażę mogą zdecydować się na zwiedzanie starożytnego miasta, należy jednak wykupić wtedy dodatkowy bilet.

Jak plażuje się w Turcji?

Na miejscu decydujemy się na wypożyczenie parasola, który taszczymy z dala od turystycznych leżaków. Rozkładamy się i korzystamy z piasku, wody i ładnego widoku. Szybko jednak okazuje się, że na plażę docierają inni ludzie, w tym bardzo dużo miejscowych. Rozkładają się niedaleko nas i w zasadzie w przeciągu godziny otoczeni jesteśmy tureckimi rodzinami. Turczynki zakryte całościowo, w hidżabach na głowach wchodzą do wody i korzystają z uroków morza i plaży. Plażują tutaj również bardzo konserwatywne rodziny, w których kobiety siedzą na kocach w abajach, z całościowo zakrytymi twarzami. Większą atrakcję aniżeli sama plaża, stanowi dla mnie możliwość dyskretnego podpatrywania rodzin i ich zwyczajów. Sama Patara nie robi na mnie większego wrażenia. Z racji tego, że jest to plaża piaszczysta jest podobna do tego co oferuje nam nasze polskie wybrzeże, z taką jedynie różnicą, że zamiast widoku na las, mamy widok na pobliskie góry.

Jest południe, czas się zbierać, gdyż temperatura daje już o sobie znać. Marysia jest już zmęczona. Planujemy po drodze jeszcze raz zjeść pyszny falafel, który bierzemy na wynos w Kas. Wracamy do hotelu. To ostatnia noc w Demre. Popołudnie chcemy zatem spędzić właśnie tutaj. Długa droga wystarcza do tego, żeby Marysia wyspała się w samochodzie. Po dotarciu na miejsce, serwujemy jej obiad i ruszamy na miasto. Naszym celem są dzisiaj lody. Znajdujemy lodziarnię, w której zauważamy bardzo dużo miejscowych. Lody są słodkie, lekko ciągnące, o konsystencji naszych polskich cukierków krówek i bardzo dobre. Marysia delektuje się równie słodkim rożkiem.

Św. Mikołaj – co ma wspólnego z Turcją?

Tuż przy lodziarni znajduje się duży plac na którym bawią się tutejsze dzieci, a tuż za placem zlokalizowane jest Kościół im. Św. Mikołaja oraz muzeum. Nie zdążyliśmy, otwarcie do 18.30. Oglądamy z zewnątrz budowle i wracamy nie tylko wspomnieniami do Św. Mikołaja. Marysi udaje się zauważyć figurkę świętego w sklepie z pamiątkami, który znajduje się tuż obok kościoła. Św. Mikołaj, którego znamy i który wielu z nas kojarzy się z Laponią urodził się właśnie w Patarze, starożytnym mieście portowym w Licji. Zmarł natomiast w Myrze, w której był biskupem. Żył na przełomie III i IV wieku. Pomagał biednym i potrzebującym, kojarzono z nim również cudy.

Wieczorem wyruszamy na nasz ostatni zachód słońca na Leech Beach.

Dzień 7. Antalya

Z samego rana wyruszamy w kierunku Antalyi, gdzie następnego dnia z samego rana wyruszymy lotem czarterowym do Katowic. Po drodze zatrzymujemy się na jednej z wielu dostępnych po drodze plaż, które usytuowane są wzdłuż wybrzeża, tuż przy drodze. Plaża jest kamienista i nie ma niej nikogo. Plażujemy przez pół godziny, chcąc troszkę zmęczyć Marysię, by łatwiej jej było zasnąć w drodze powrotnej.

Ruszamy dalej. W Antalyi jesteśmy o godzinie 14.00. Wnosimy bagaże do hotelu, przygotowujemy szybki obiad dla Marysi i ruszamy na miasto. Odwiedzamy centrum handlowe, i przedzieramy się przez prawie połowę miasta by zjeść w dobrej wege restauracji, która ma wysokie opinie w Google. Na miejscu okazuje się, że restauracja daleka jest od ideału, a lokalizacja tuż przy miejskich szaletach sprawia, że jedzenie trzeba wziąć na wynos. Mamy nadzieję, że chociaż smak jedzenia wynagrodzi wszystkie trudy. Tak jednak nie było. Cóż, wracamy do hotelu. I żegnamy się powoli z Turcją. Jutro nie będzie na to czasu, wylatujemy o 7 rano.

7 dni w Turcji to zdecydowanie za mało, żeby wyrobić sobie opinię o Riwierze Tureckiej. Zobaczyliśmy jedynie jej mały kawałek. Niemniej jednak Turcja w tej części kraju nie porwała nas za serce. Nie pomogły niemiłe doświadczenia z wypożyczalnią i … pogryzienie Marysi przez pluskwy w apartamencie w Demre… Historyczne miejsca warte są odwiedzenia i są bardzo klimatyczne, niemniej jednak samo wybrzeże nie zrobiło na mnie większego wrażenia.  Na pewno chciałabym zobaczyć Stambuł i Kapadocję. Myślałam o wschodzie Turcji, z jeziorem Wan, a także o północnym wybrzeżu Morza Martwego. Myślałam o każdym innym miejscu, jednak łatwość dotarcia do najbardziej popularnego miasta na Riwierze jakim jest Antalya oraz cena były czynnikiem decydującym.

Cypr, który odwiedziliśmy w tym roku podobał nam się zdecydowanie bardziej. Jeżeli chcecie przeczytać o tym jak podobało nam się na Cyprze zapraszam do przeczytania tych wpisów – Top 10 miejsc na Cyprze oraz Cypr Południowy – top 40 miejsc.

Krótko o mnie

Zajrzyj jeszcze tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Newsletter

Newsletter