Pierwsze spotkanie z pustynią – Wahiba Sands

Pustynny region w Omanie nosi nazwę Sharqiya Sands, czyli Piaski Sharqiya. Zdecydowanie łatwiejsza do zapamiętania jest jednak dawna nazwa tego regionu, mianowicie Wahiba Sands, która wywodzi się od plemenia Bani Wahiba. Jest to jedna z popularniejszych atrakcji w Omanie. Bramą do zwiedzania pustyni jest miasteczko Bidyah. To właśnie tutaj kierowaliśmy się z Sur.

Czasu na zwiedzenie pustyni nie mieliśmy zbyt wiele – było to popołudnie do godzin wieczornych. Z uwagi na ograniczone możliwości czasowe zdecydowaliśmy się na wykupienie wycieczki na pustynię. I jak się okazało nie zawiedliśmy się tym wyborem, gdyż natrafiliśmy na świetnego przewodnika.

Hilal to Omańczyk, który wraz z bratem prowadzi swój „pustynny biznes”. My skorzystaliśmy nie tylko z oferty wycieczki na pustynię połączonej z odwiedzeniem campu, ale także z oferowanego przez Hilala apartamentu w Bidyah, w którym spędziliśmy noc. Dane lokalizacyjne apartamentu Homex4 znajdziecie tutaj.

Apartament okazał się bardzo wygodny, komfortowy i czysty. Marysia bez problemu mogła raczkować po podłodze. Pokój, który wynajęliśmy posiadał duże łoże małżeńskie oraz łazienkę. Wspólną przestrzenią dzieloną z innymi apartamentami była mała kuchnia oraz korytarz, w którym po odsłonięciu rolet można było zobaczyć pustynię. Tak naprawdę widok taki można było mieć nawet z apartamentu – na dole  przez przeszklone drzwi, na piętrze natomiast z balkonu. Był to nasz pierwszy nocleg, w którym nie udało nam się dostać łóżeczka dla niemowlaka. Pomimo naszych obaw o coraz większej mobilności Marysi, noc spędziliśmy wszyscy w jednym łóżku. Jak się okazało spanie z mamą i tatą było tak fajne, że przespanie całej nocy (oczywiście z pobudkami na nocne karmienie) nie stanowiło żadnego problemu. Podczas dalszej podróży niejednokrotnie zabieraliśmy ją na noc do swojego łóżka, bo tam spało się jej po prostu najlepiej. Omańskie łóżka okazały się duże i wygodne – bez problemu mieściliśmy się w nim wszyscy troje.

Obóz o nazwie Crescent Desert Camp, który prowadzi Hilal to miejsce, w którym można spędzić noc na pustyni. Jeżeli ktoś nie chce wjeżdżać na pustynię wynajętym samochodem, ale chciałby spędzić noc w campie, to Hilal zrobi wszystko, aby taką osobę uszczęśliwić. My ze względu na Marysię nie zdecydowaliśmy się na noc pod gwiazdami (na pewno nadrobimy kolejnym razem, gdy będziemy odwiedzać jakąś pustynię), ale zdecydowaliśmy się na odwiedzenie obozu. Wycieczka, którą zaoferował nam Hilal kosztowała 40 riali za całą trójkę. W cenie była jazda samochodem po wydmach, w tym oczywiście zatrzymywanie się w miejscach, w których chcieliśmy pospacerować po ciepłym, wspaniałym piasku pustyni. Ponadto wliczał się w to dojazd do obozu, w którym pomocnik Hilala przygotował dla nas kolację, którą mogliśmy zjeść, gdy słońce było już za horyzontem. Nie było problemów z tym, aby był to posiłek wegetariański. Oczywiście pustynię można „zwiedzić” taniej – robiąc to na własną rękę. My jednak zdecydowaliśmy się na przewodnika z uwagi na ograniczony czas. Z perspektywy czasu uważam, że była to bardzo dobra decyzja. Zobaczyliśmy nie tylko pustynię, ale też mieliśmy okazję porozmawiać o pustyni i Omanie z Hilalem.

Zacznijmy jednak od początku. Na pustynię dotarliśmy po południu. W apartamencie przywitał nas pracownik Hilala, który niestety nie mówił po angielsku. Nie przeszkodziło to jednak w gościnnym przywitaniu nas. Zaproszenie do namiotu, w którym czekały na nas przepyszne daktyle, kawa oraz woda było bardzo miłym gestem ze strony gospodarza. Marysia była w siódmym niebie, gdy mogła raczkować po dywanie rozłożonym wewnątrz namiotu.

Czekając na Hilala i jego samochód, udało nam się po raz pierwszy z bliska zobaczyć wielbłąda w Omanie. Wielbłądy trzymane są w zagrodach przy domu. W Bidyach często są wykorzystywane jako atrakcja dla turystów – można na nich zwiedzać pustynię, a ponadto są dostarczycielami mleka, mięsa i skór dla Omańczyków. Wielbłąd był nami zainteresowany tak samo jak my nim. Zerkał na nas tymi swoimi pięknymi oczami. Dromadery, czyli wielbłądy jednogarbne są bardzo dobrze przygotowane do życia w trudnych warunkach atmosferycznych. Poradzą sobie doskonale zarówno podczas wysokich temperatur jak i tych niskich. Niedobór wody lub pokarmu nie stanowi dla nich problemu.

Choć przyjemnie było jeść słodkie daktyle z widokiem na pustynię to niemniej jednak czas nas gonił – tego popołudnia czekał na nas przecież zachód słońca na pustyni. Pospiesznie wrzuciliśmy do torby wszystko co niezbędne dla niemowlaka i czekaliśmy na Hilala. Jak się okazało nasz równolatek pojawił się ze swoim szczerym uśmiechem na twarzy i od razu zakumplował się z Marysią.

Na początku trochę obawialiśmy się czy Marysia nie będzie bała się jazdy po wydmach – jazda nie wygląda przecież tak jak po asfalcie. Nie jest to równa droga, trochę buja itd. Jak się jednak okazało, na totalnym luzie, na kolanach taty nasza 9-cio miesiączna córeczka bez problemu zwiedziła z nami pustynię.

To było moje pierwsze spotkanie z pustynią i jak się okazało bardzo udane! Pustynia jest wspaniała. Urzeka mnie w niej cisza. Myślę, że gdybyśmy zostali w tym miejscu na dłużej, na pewno wybrałabym się zakosztować wspaniałych widoków i ciszy tak wiele razy jak tylko byłoby to możliwie. Tutaj naprawdę można wyciszyć swój umysł. Cisza to jednak nie wszystko. Pustynię czuje się wszystkimi zmysłami. Miękki, ciepły piasek, w którym można zatopić swoje stopy. Delikatny powiew wiatru na policzkach. A do tego ten przepiękny bezkresny widok. Nie mówiąc o wspaniałym zachodzie słońca.

Po wspaniałym spektaklu zachodzącego słońca udaliśmy się samochodem do obozu. Tutaj Marysia zjadła swój posiłek, po którym poszła smacznie spać. Mieliśmy czas tylko dla siebie. Kucharz pichcił w oddalonej od namiotu kuchni. A Hilal udał się do miasta. Byliśmy w obozie sami. Odpoczywaliśmy. Przy kawie i daktylach rozmawialiśmy o Omanie..

Marysia spała smacznie, a my zasiedliśmy do kolacji wśród gwiazd. Było pięknie i niezapomnianie. To jedno z tych doświadczeń, które pamięta się długo. Po skończonym posiłku, kucharz dyskretnie posprzątał i w obozie pojawił się Hilal. Jego „wypad do miasta” był zaplanowany. Dał nam możliwość swobodnego przebywania w campie.

To był wspaniały wieczór, który dobiegł końca. Po dniu pełnym wrażeń wróciliśmy do apartamentu. Musieliśmy się wyspać. Następnego dnia planowaliśmy dostać się do Nizwy.

Krótko o mnie

Zajrzyj jeszcze tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Newsletter

Newsletter