Spis treści
Lecimy na Fuerteventurę
Tak. To nie pomyłka. Niestety nie udało nam się dostać lotu w terminie, który gwarantował by nam pobyt na wyspie dłuższy niż 7 dni. Decydujemy się zatem na lot na Fuerteventurę i stamtąd przepłynięcie promem na Gran Canarię. Efektem ubocznym jest co prawda dodatkowy koszt za prom, ale zyskujemy dzięki temu dodatkowe 2 dni na Fuerteventurze. No to w drogę!


Nocleg na Fuerteventurze
Docieramy na Fuerteventurę późnym wieczorem. Odbieramy samochód w wypożyczalni Cicar na lotnisku i udajemy się do naszego apartamentu. Położony jest w bardzo dobrej lokalizacji – bliskiej odległości od lotniska. Głównym motywem było to, aby nie tracić czasu na dojazd po wylądowaniu. No więc jedziemy całe 2 km. Apartament jest przestronny i posiada wszystko co niezbędne do krótkiego i długiego pobytu. Nie ma było problemów z miejscem do parkowania, a sklep znajdował się tuż obok. Zostawiam linka, gdyż z uwagi na przemiłego gospodarza i zalety apartamentu uważam, że jest to miejsce godne polecenia.
Płyniemy na Gran Canarię
Z samego rana pakujemy walizki i udajemy się do portu Morro Jable, skąd będzie odpływał nasz prom. Bilety kupiłam przez Internet. Jak zwykle wszystko przebiega sprawnie. Dopływamy na wyspę. Po wyjechaniu z portu czeka nas godzina drogi w kierunku miasteczka San Augustin. Na pierwsze spotkanie z wyspą wybrałyśmy jej południe. A San Augustin i w zasadzie tutejszy apartament okazały się strzałem w dziesiątkę.


Spokojne San Augustin
Największą zaletą naszego apartamentu i wybranej lokalizacji było to, że plaża San Augustin znajdowała się tuż obok. Wystarczyło zejść prywatnym zejściem, by w kilka minut móc korzystać z uroków piaszczystej, cudownej plaży, która jest bezpieczna dla dzieci.

Marysia nie mogła się nacieszyć piaskiem, oceanem i słońcem. Czekała na tą chwilę w zasadzie od wejścia do samolotu. Biega, skacze w oceanie, pływa w błotku i śmieje się tak, że spacerowicze spoglądają na nią i odwzajemniają uśmiech w jej stronę. Jest zachwycona!



Ja również jestem. Mieć taką plażę przez najbliższe dni tuż pod nosem to niewątpliwa wygoda. Nasz apartament ma jeszcze jedną wielką zaletę. Posiada bowiem cudowny taras, z którego z jednej strony widoki rozpościerają się na ocean a z drugiej na oświetlone wieczorem miasto. Jutrzejsze śniadanie na pewno będzie smakować wybornie.
Puerto de Mogan i Mogan
Puerto de Mogan to miasteczko, które polecane jest w wielu miejscach, w tym w przewodnikach turystycznych, więc decydujemy się je zobaczyć. Z samego rana wyruszamy zatem na spotkanie z tak zwaną Małą Wenecją Gran Canarii.
Instagramowe Puerto de Mogan
Długi deptak ciągnie się wzdłuż tutejszych knajpek i kafejek. Jest godzina 10.00 rano i już o tej godzinie spotkać tutaj można wielu turystów. Język polski słyszymy tutaj co chwilę. Białe budynki miasta pięknie kontrastują z błękitem wody oraz niebieskimi elementami takimi jak futryny czy pomalowane drzwi. Piaszczysta plaża ze spokojnym wejściem zachęca do tego, aby z niej skorzystać. Marysia ma na to wielką ochotę, więc dajemy jej czas na swobodną zabawę.


I po chwili ruszamy dalej. Przechodzimy przez tutejsze mostki i kręcimy się po wąskich uliczkach pomiędzy białymi domami pośród których rosną kolorowe kwiaty. Turyści co chwila zatrzymują się by zrobić kolejne pamiątkowe zdjęcie. Jest niedziela, może dlatego jest tutaj dzisiaj tak wiele osób.




Mogan z dala od tłumów
Decydujemy się pojechać dalej. Chcemy zobaczyć miasteczko Mogan, które znajduje się w głębi wąwozu. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że tutaj turystów nie ma praktycznie wcale. Znajdujemy plac zabaw dla dzieci przy którym działa kawiarnia. Jest to malutka miejscowość, w której życie toczy się swoim własnym tempem. Kościół San Antonio de Padua jest niestety zamknięty. Wygląda na to, że stanowi epicentrum tego miejsca. Spacerujemy tutejszymi uliczkami, podziwiamy murale, zaglądamy do tutejszego sklepiku, w którym kupuję moje ulubione pomarańcze i suszone banany.





Aquimes
Dzisiaj naszym porannym celem jest masteczko Aquimes. Określa się je nie tylko jako jedną z pierwszych, ale również najpiękniejszych osad na wyspie. Spacerując pomiędzy białymi domami z kamienia, wciskając się w wąskie uliczki, ma się wrażenie cofnięcia się w czasie. Gdzieniegdzie znaleźć można różnorodne rzeźby, które są atrakcją dla Marysi. Oglądamy wielbłąda, osiołka i parę zakochanych. Do miasteczka przyjechaliśmy głównie ze względu na Iglesia de San Sebastian, która uważana jest za jedną z najpiękniejszych świątyń na wyspie. Mnie bardziej podoba się z zewnątrz. Tworzy niesamowity klimat z całym miasteczkiem.








Ci, którzy chcą się dowiedzieć więcej o Aquimes i całej gminie mogą wybrać się do tutejszego muzeum. W drodze powrotnej odwiedzamy plac zabaw i wracamy do San Augustin. Plaża de san Augustin spodobała nam się tak bardzo, że nie chce nam się jechać w zasadzie nigdzie indziej. Prywatne zejście do plaży, brak problemu z parkingiem i szybki powrót na nogach do domu przemawiają za tym, by znowu zostać właśnie tutaj.
Jedziemy w góry
Na dzisiaj przewidziany został bardziej ambitny plan. Chcemy odwiedzić trzy górskie miejscowości, które są usytuowane w niedalekiej odległości od siebie. Wyruszamy z samego rana.
Klimatyczne miasteczko Fataga
W okolicach godziny 10 rano docieramy do miejscowości Fataga, która zachwyca od pierwszego spojrzenia. Białe domy z kamieniami wbudowanymi w ich fasady sprawiają, że miasteczko wygląda uroczo. Miejscowość jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Spacer tutejszym krętymi uliczkami to jedna z przyjemniejszych atrakcji tego miejsca. Spacerując należy oczywiście zachować spokój, gdyż w pobielanych domkach mieszkają mieszkańcy. Podpatrywanie ich podczas codziennych czynności jest niezwykle ciekawe, ale wiadomo, że należy robić to totalnym poszanowaniem zasad kultury.
Na głównym placu w miasteczku stoi malutki kościół Iglesia de San Jose. Po raz kolejny natrafiamy na zamknięte drzwi. Spacerujemy po miasteczku, chłoniemy wspaniałe widoki na góry i zauważamy powoli zwiększającą się liczbę turystów. Marysia zjada szybkie drugie śniadanie i ruszamy dalej, w kierunku San Bartolome de Tirajana.







Tunte i pyszne słodkości
Docieramy tutaj zaledwie po kilkunastu minutach. Droga do górskich miasteczek pełna jest serpentyn i bardzo ciekawych widoków. Żałujemy, że nie zdążymy pojechać dalej w góry, w głąb wyspy. Tam dopiero musi być bardzo lokalnie i spokojnie. Parkujemy na parkingu w miasteczku i udajemy się do kościoła św. Jakuba. Tutaj drzwi są otwarte. Nie trzeba wiele czasu by obejść miasteczko dookoła, gdyż jest ono niewielkie. Zatrzymujemy się w tutejszej kawiarence, zamawiamy pyszną kawę i jeszcze pyszniejsze słodkości. La Panera de Tunte to kafeteria, gdzie naprawdę warto zajrzeć. Nawet Marysia znalazła tutaj coś dla siebie – wymarzone, „marchewkowe ciastko Binga” 🙂


Santa Lucia de Tirajana – malownicze widoki i piękny park
Oglądamy widok na pobliskie miejscowości z małego tarasu widokowego i ruszamy dalej. Chcemy odwiedzieć jeszcze jedno miejsce przed powrotem do apartamentu. Santa Lucia de Tirajana to bardzo klimatyczne miasteczko. Droga tutaj jest naprawdę wyjątkowa – pełna pięknych widoków, palm i górskich szczytów.
Wjeżdżając do miasteczka pierwszą uwagę zwraca Iglesia de Santa Lucia, która usytuowana jest na górze miasteczka. Marysię jednak bardziej zachwyca tutejsze boisko usytuowane tuż obok wspaniałego parku. Na boisku znajduje dwie piłki, więc gramy i słuchamy śpiewu tutejszych ptaków. Mam nadzieję wypatrzyć jakieś egzotyczne gatunki, ale niestety mi się to nie udaje. Drugie śniadanie w parku pośród palm to jest to co lubię najbardziej. Nie wiem skąd we mnie ta miłość do palm. Ale to chyba bierze się stąd, że ja w ogóle lubię drzewa. Uwielbiam je dotykać, przytulać, patrzeć na nie. Palmy kojarzą mi się znowu z egzotycznymi kierunkami, które uwielbiam.





W miasteczku odwiedzamy sklep z regionalnymi przysmakami – sery, oliwki, wino, rum, świeże warzywa i owoce. Dla Marysi lód pod postacią pomarańczowego sorbetu. Jego smak, pośród tutejszych pięknych widoków i wspólnego czasu zostanie z nią na długo. Na koniec wdrapujemy się do kościółka i trzeba przyznać, że widok z góry jak i sama świątynia warte są odwiedzenia.


Wracamy do San Augustin, nie tylko nacieszyć się plażą, ale również spakować walizki. Jutro czeka nas ostatnie śniadanie na naszym wspaniałym tarasie. Wkrótce ruszamy na północ.
Ruszamy na północ wyspy
Sardina
Do miasteczka Sardina docieramy w godzinach mocno popołudniowych. Nasz nowy apartament ma do dyspozycji basen, z którego najbardziej cieszy się oczywiście Marysia.


Największą atrakcją miasteczka jest oczywiście tutejsza kameralna plaża. Korzysta z niej przede wszystkim dużo miejscowych. Plaża jest malutka, ale otoczona widokiem na klify oraz kolorowe domki. Ma swój niepowtarzalny urok. Na pewno dobrze wygląda na zdjęciach, jednak do korzystania z niej na co dzień jest dla mnie zdecydowania za mała. Uwielbiam długie plaże. Ta zdecydowanie się do nich nie zalicza. Muszę powiedzieć, że czuję się nieco rozczarowana. Na zdjęciach wyglądała na dłuższą. Plaża rekompensowana jest przez tutejszy deptak, który ciągnie się wzdłuż klifów i pozwala obserwować miasteczko z różnych perspektyw. Wracamy do apartamentu na kolację. Jutro w planie mamy zwiedzanie północy.



Cudowny ogród i miasteczko Firgas
Jardin de la Marques – ogród w którym żyją pawie
Dzień zaczynamy od cudownego Jardin de la Marquesa, czyli parku botanicznego, w którym można spotkać nie tylko wspaniałe okazy botaniczne, ale również liczne pawie, które są cudowne. Przechodzą się one dumnie pomiędzy alejkami i tak naprawdę ciężko oderwać od nich wzrok. Spotykamy nawet maleńkie osobniki, które jeszcze karykaturalnie przemieszczają się za swoją pawią mamą. Uwielbiam ogrody botaniczne, nie trzeba mnie do nich przekonywać. Wstęp dla osoby dorosłej to 6 euro, dla dzieci 3 euro. W takich miejscach naprawdę można wypocząć. Alejki, jak i cały park są bardzo zadbane. Na wstępie dostajemy mapę, która od razu przejmuje Marysia. Jest zachwycona i nadaje temu miejscu swoją własną nazwę – „prawdziwa dżungla”.






Chodzimy zatem w owej dżungli, szukamy pawi i ładnych widoków. Na ławeczce wśród pięknej roślinności zjadamy drugie śniadanie. A tuż po nim udajemy się do tutejszego sklepu, który mieści się w budynku restauracji. Można tutaj spróbować znanego na całej Gran Canarii rumu oraz likieru. Zaopatrujemy się w butelki tegoż trunku oraz pyszny dżem i miód.


Firgas – zobacz Wyspy Kanaryjskie w miniaturze
Choć ciężko rozstać się z tym zielonym miejscem, to jednak chcemy ruszać dalej. Naszym celem jest miasteczko Firgas. Znane jest ono z kilku powodów. A pierwszy z nich stanowi woda lecznica z Firgas, która znana jest na całych Wyspach Kanaryjskich. My jednak przyjeżdżamy tutaj z innego powodu. Interesuje nas Paseo de Canarias, czyli promenada usytuowana na schodach, na której znaleźć można wyłożone płytkami wszystkie wyspy archipelagu. Zatrzymujemy się przy każdej z nich, a Marysia ma świetną zabawę. Powtarza nazwy wysp, dotyka je rączkami i niewątpliwie poznaje te wspaniałe dzieła całą sobą.




W miasteczku znajduje się również Paseo de Gran Canaria, czyli promenada z pięknie zdobionymi za pomoca płytek ławkami. Każda z nich przedstawia wizerunek innej gminy na wyspie. Są naprawdę piękne.


W miasteczku warto zajrzeć do Iglesia de San Roque z XVII wieku. Przechadzamy się również uliczkami miasteczka i docieramy na punkt widokowy oraz do pobliskiego parku, w którym łapiemy trochę cienia i zjadamy drugie śniadanie.



Miejscowa Plaża Boca Baranco
Po obiedzie wybieramy się na kameralną, lokalną plażę Playa Boca Baranco. W tym miejscu naprawdę można odpocząć. Nie ma tutaj tłumów. Ogromne fale rozbijające się o brzeg dają możliwość umysłowego wyciszenia. Silne prądy uniemożliwiają kąpiel, nie przeszkadza nam to jednak w dobrej zabawie – budowie zamków i gonitwie po plaży, na której znaleźć można liczne skarby wyrzucone przez ocean.


Agaete
Budzę się rano z nie najlepszym samopoczuciem. Mówiąc szczerze to czuję się źle. W pobliskiej aptece kupuję jednak coś podobnego do naszego gripexu i nie zamierzam się oddawać żadnemu leżeniu w łóżku. Po drodze przyrządzam specjalny eliksir na lepsze samopoczucie i ruszamy dalej, w kierunku Agaete.
Miasteczko położone u podnoża doliny de Agaete już z daleka urzeka swoim położeniem. Przyjeżdżamy do niego, aby zobaczyć ogród botaniczny Huerto de las Flores. Okazuje się jednak, że jest zamknięty, gdyż trwa w nim remont. Nie odbiera nam to jednak chęci zobaczenia tego miejsca. W południe wszystko dopiero budzi się na przyjęcie turystów. Knajpki powoli się otwierają. Centralnym punktem miasta jest Plaza de La Constitucion. To właśnie tutaj spotkać można mieszańców miasteczka. Seniorzy w grupkach opowiadają sobie zabawne historie. Ktoś na ławce obok spija pianę ze świeżo zaparzonej kawy. My również bierzemy udział w tym niespiesznym poranku. Zatrzymujemy się tutaj, by Marysia mogła zjeść swoje drugie śniadanie.
Tuż przy placu stoi Iglesia Matriz de Nuestra Senora de la Concepcion. Udaje nam się zajrzeć do kościoła. W zasadzie to ciężko nam pominąć kościoły w jakimkolwiek miasteczku. Marysia bowiem uwielbia do nich wchodzić. Nie zostajemy tutaj jednak na długo. Udajemy się w okolice wybrzeża do małego miasteczka Puerto de Las Nieves.
Puerto de Las Nieves – port Agaete
Portowe miasteczko zlokalizowane w dolinie de Agaete to jedno z tych miejsc, w których serce bije szybciej. To miejsce ma swój niepowtarzalny klimat. A wszystko dlatego, że utrzymane jest w kolorach bieli i błękitu. Spacer nadmorską promenadą dostarcza nam malowniczych wrażeń. Zaczynając od widoku na port, poprzez cudownie błękitną wodę, która wysokimi falami odbija się od brzegu. Na tutejszych ławkach, zlokalizowanych na deptaku mogłabym siedzieć i wpatrywać się w ten wzburzony ocean bez końca.



Na samym końcu deptaku znajduje się kolejna atrakcja tego małego miasteczka – baseny naturalne. Są doskonałym rozwiązaniem dla tych osób, które chcą popływać w oceanie, jednak boją się wchodzić do wody, w szczególności wtedy, kiedy fale są ogromne. Ci, którzy w basenach kąpać się nie chcą lub nie mogą, mają do dyspozycji ławeczki,z których rozpościera się wspaniały widok na ocean oraz posiadłości z przepięknymi palmami z tyłu.


W miasteczku warto zatrzymać się na obiad. Restauracje usytuowane są tuż przy plaży, z widokiem na ocean. W restauracjach głównie serwuje się ryby, ale wegetarianie też znajdą tutaj coś dla siebie.
To co najbardziej zapada w pamięć to przepiękne klify, które w połączeniu z widokiem na miasto czy ocean tworzą niesamowite połączenie. Jedno jest pewne – tutaj na pewno nie można się nudzić. A ci, którzy lubią błogie lenistwo w pięknym otoczeniu przyrody będą z pewnością zachwyceni. Jedynym minusem tego miejsca jest jak dla mnie plaża – jest typowo kamienista. Właśnie dlatego wybierając nocleg, nie zdecydowałam się na zabukowanie apartamentu tutaj – wybrałam pobliskie miasteczko Sardinia. Po odwiedzeniu tego miejsca żałowałam jednak, że kamienista plaża przeważyła, gdyż wszystko inne podobało mi się tutaj bardzo. Polecam Puerto de Las Nieves jako bazę wypadową na północy – może okazać się miejsce idealnym.
Będąc w miasteczku warto zajrzeć do tutejszej perfumerii, która została założona w 1872 roku i od tej pory oferuje niepowtarzalne receptury. Perfumy inspirowane są miastami kanaryjskimi i ich poszczególnymi charakterystycznymi elementami. Zapachy są nietypowe i warto je sprawdzić na sobie. Ponadto, obsługa w sklepie jest bardzo miła.


W miasteczku nawet plac zabaw dla dzieci został stworzony tak, aby dopełniał całość. Wielki biało-niebieski statek zachęca do zabaw na parterze i pokładzie. Podczas zabawy najmłodszych, dorośli mogą rozkoszować się pięknym widokiem na klify i biało-niebieskie miasteczko.
Po obiedzie, udajemy się wreszcie deptakiem zobaczyć miasteczko, w którym nocujemy. Sardina to przede wszystkim czarna plaża, ale także liczne plantacje bananów, które okalają to miejsce. Dla mnie brzmi idealnie ponieważ jestem wielką fanką wina bananowego, które pierwszy raz przywiozłam sobie z Teneryfy oraz suszonych bananów w formie chipsów.
Sardina to bardzo kolorowe miasteczko. Budynki mienią się różnymi kolorami, w połączeniu z czarnym piaskiem oraz błękitem oceanu, tworzą one cudowny klimat. Tutejsze klify, które można zobaczyć z bardzo bliska, spacerując tutejszym deptakiem dodają jeszcze więcej atrakcyjności temu miejscu. Polecam tutaj zajrzeć, nawet jeżeli ma to być tylko na chwilę, warto zatrzymać się na spacer czy wejść chociaż na chwilę na plażę. Wspaniałe widoki gwarantowane.


Miasteczko Arucas
Lokalne pyszności na niedzielnym targu
Arucas to miasteczko, które znane jest przede wszystkim z Iglesia de San Juan Bautista – neogotyckiego kościoła, który góruje nad całym miastem. Dzisiaj jest sobota. Nie mogłyśmy trafić lepiej. Odbywają się tutaj dzisiaj liczne wesela. Elegancko ubrani goście weselni przemykają po uliczkach, spieszą się na ważne wydarzenie bliskich im osób. Oprócz podglądania miejscowych, tuż przed kościołem stoją liczne stragany z tutejszymi specjałami. Można tutaj kupić lokalne sery, świeżo pakowane przyprawy i orzechy oraz słodycze. Kupujemy kilka produktów do degustacji, siadamy na ławeczce z widokiem na katedrę i dajemy się ponieść klimatowi tego niesamowitego miejsca, pełnego turystów, świeżej kawy i pyszności.



Kościół Arucas
Wejście do katedry jest płatne i odbywa się w określonych godzinach. Jej wnętrze jest piękne. Wszystko dzięki licznym witrażom, które nadają temu miejscu tajemniczy klimat. Niezależnie z którego miejsca w miasteczku spojrzy się na katedrę, jest ona po prostu niesamowita. Marysia nie chce stamtąd wyjść. Tak bardzo podoba jej się to miejsce.


Park miejski w Arucas
Katedra to jednak nie wszystko co ma do zaoferowania to miasteczko. Znajduje się tutaj również Park Miejski. Bogaty w roślinność, ciekawe rzeźby i piękne widoki.


Słodycze dla prawdziwych smakoszy
Oczywiście w miasteczku działają liczne kawiarnie i restauracje. Tak naprawdę nie wiadomo, w której z nich usiąść. Nas do pobliskiego sklepu, który znajdziecie tutaj zwabia zapach palonego karmelu. Wyrabiane są tutaj na miejscu pyszne słodycze, orzechy w polewach i wiele innych pyszności. Robimy małe zakupy. Marysia wybiera dla siebie na drogę pomarańczową galaretkę z mango i bananów. Jest przepyszna.



W mieście można zaopatrzyć się w znany na całej wyspie rum z Arucas. My już jednak posiadamy buteleczki tego trunku, które kupiliśmy w ogrodzie botanicznym w Arucas.
Późnym popołudniem odwiedzamy plażę Boca Barranco i łapiemy ostatnie promienie słońca w dzisiejszym dniu,


Wieczorem jedziemy do doliny Agaete,. Chcemy ponownie odwiedzić sklepik z perfumami. Okazuje się jednak, że jest on już zamknięty. Spacerujemy więc uliczkami tego miejsca, podziwiając kolory miasteczka tuż przed zachodem słońca. Miękkie światło oświetla klify i informuje nas, że czas powoli wracać do domu. Dosłownie. To nasz ostatni dzień na wyspie. Jutro z samego rana, promem ruszamy na Fuerteventurę.



Do zobaczenia 🙂


